Już ponad rok temu, pewnego zimowego poranka Anka oglądała na Discovery
program o Gwatemali, o Lago de Atitlan. Zapytała: "pojedziemy tam?".
Odpowiedziałam: "pewnie" (jak zawsze zresztą odpowiadam, bo zadaje mi dużo
pytań). Spojrzałam na mapę i dodałam za chwilę: "a może od razu do Ushuaia". I oto przed nami wyprawa
Kilka miesięcy po tej rozmowie bez planu, bez rozsądku, zbędnych przygotowań
i wiary kogokolwiek pojechałyśmy gdzieś tam na drugą stronę świata. Tylko w
atlasie wygląda tak nadzwyczajnie trudno. Na miejscu sama podróż okazała się
łatwa, ludzie - bardzo otwarci, a natury nie da się zamknąć w słowa. Chociaż do
Usuaia tym razem nie dotarłyśmy to i tak nie mamy czego żałować.
A skoro udało się nam - to może przydarzyć się każdemu z Was. To dla tych -
ciągle odkładających swoją, mała lub dużą podróż na "półkę marzeń do wiecznego
niespełnienia".>
Ania i Olga
niedziela 17 październik 2004 (Olga)
Ostatnie parę godzin w USA ... ciemno, zimno i pada, a my w metrze z plecakami próbujemy dostać się na lotnisko. Nowy Jork żegnałyśmy prawie o
wschodzie słońca, ale widok nie był tak zapierający jak przy wylocie z Florydy o tej samej porze dnia. Tam ocean świateł ciągnący się w
nieskończoność na płaskim terenie dosłownie i w przenośni przelewał się w Atlantyk. Cudowne kolorowe niebo domalowało resztę... ale to już stare dzieje. Z Nowego Jorku lecimy do Miami, tam już tylko zostaje wpakować siebie i graty do samolotu i zaczyna się przygoda. Pierwsze zderzenie z rzeczywistością nastąpiło całkiem szybko, na lotnisku w USA nie chcieli nas wpuścić do samolotu do Gwatemali bo ... nie miałyśmy biletu powrotnego.
Porozmawiałyśmy z paroma panami i ze znakiem zapytania jak nas przyjmie Ameryka Środkowa wsiadłyśmy do niedużej maszyny latającej (całkiem nieźle
trzęsło). Widoki były fantastyczne, w końcu soczyście zielone góry na horyzoncie. Na lotnisku w Gwatemala City nikt nas o nic nie zapytał nawet.
Poczekałyśmy jakieś 20 minut na naszego hosta Jose Roberto otoczone pytaniami o taxi, hotel, szkołę przez niższych ode mnie gwatemalczyków (sami
nazywają siebie czapin). Jose zjawił się z synkiem ślicznym 4 latkiem, przewiózł nas przez całą brzydkawą stolicę,
aż w końcu dotarliśmy do jego
domu na przednieściach. Okazało się że jest całkiem bogaty, jego hacjenda położona jest na zboczu góry, po prostu w zaginionym świecie, dookoła busz,
na dole rzeka, a sam dom ... długo by opisywać. Jak już taki w Polsce sobie kiedyś postawię to zobaczycie :). Następny dzień spędziłyśmy włócząc się po
stolicy (Jose podrzucił nas autem do centrum), naturalnie zjadłyśmy co się dało na ulicy nie wydając za dużo pieniędzy (ich kuchnia wcale nie jest taka
ostra jak meksykańska). Wieczorem pojechaliśmy do prawdopodobnie najlepszej restauracji w mieście .... Bardzo było miło, a wszystko wydawało się takie nieprawdopodobne.
wtorek 19 październik 2004 (Olga)
Po kolejnej nocy spędzonej w domu Jose wybrałyśmy się na wycieczkę do Antigua - turystycznego miasteczka, odwiedzanego przez wszystkich. Dużo
czyściej w tym mniejszym, uroczym miejscu niż w stolicy, powłóczyłyśmy się
po antycznych ruinach, kościołach, uliczkach. Wdrapałyśmy się na wzgórze z
widokiem na miasto. Podziwiałyśmy całe indiańskie rodziny w narodowych strojach (szczególnie kobiety je tu noszą), gotujące i jedzące praktycznie
na ulicy. Całkiem miłe miejsce, choć wypuszczając się nieco poza ładniutkie centrum już nie do końca tak miło było. Nic nam się
absolutnie nie stało, poznałyśmy nawet .... Polaka, który chciał nam załatwić tanio szkołę hiszpańskiego i mieszkanie, ale ja chciałam koniecznie
zobaczyć jezioro nad którym miałyśmy się osiedlić, więc nie zostałyśmy na
dłużej. Dużo gringo (obcokrajowców), dużo szkół hiszpańskiego, piękne małe,
kolorowe domki i uliczki, w ogóle kolory tu są wprost nieopisywalnie żywe. Dla mnie jednak wciąż za dużo ludzi, za dużo hałasu, jakoś ci miejscowi też
mnie tam nie zachęcili w sumie nie potrafię powiedzieć czemu.
środa 20 październik 2004 (Olga)
To dopiero 3 dzień, a my już suniemy krętą drogą przez góry obsadzone w niższych partiach polami kukurydzy i kawą,
która wcale nie jest czarna tylko czerwono-zielona i rośnie sobie na dużych krzakach. Razem z Jose i jego
przyjaciółką docieramy nad wymarzone jezioro koloru magicznego, otoczone wioskami powklejanymi w zbocza gór i trzema wulkanami (wszystkie
powyżej 3000 m). Nie da się nie zakochać w tym miejscu ! Wioski na które tak naprawdę
czekałyśmy, życie płynie tu swoim torem, choć nadal dużo białych szukających
tu ... najpewniej samych siebie. Docieramy do Panachaciel, gapiąc się na światełka na drugiej stronie jeziora (ściemnia się tu już o 6) pijemy kawę i
opowiadamy sobie o innych takich miejscach na świecie....
katalog stron prawnych GCI
Dla tych co ramek nie widzą - linki do podstronic naszej prezentacji.

z metryki - czyli kim jesteśmy
z atlasu - czyli nasze szlaki na mapach
z kalendarza - czyli dzień po dniu
z obiektywu
z garnka
ciekawostki - czyli co nas zadziwiło
księga gości - czyli miejsce dla Ciebie
linki do zaprzyjaźnionych stron
Windykacja należności